instagram google+ bloglovin

  • Home
  • O mnie
  • Lifestyle
    • Zdrowie
    • Kuchnia
    • Home decor
    • Kobieta pracująca
  • Beauty
    • Pielęgnacja
    • Uroda
    • Recenzje kosmetyków
  • Kontakt



W dzisiejszym poście podzielę się z Wami recenzją kremu, który zakupiłam w aptece zupełnie przypadkowo, ok dwa miesiące temu, będąc pod wpływem bardzo pozytywnej opinii na jego temat. Do apteki przyszłam w nadziei, że uda mi się wreszcie dostać krem marki SVR Sebiaclear Mat+Pores - moje wiosenno - letnie must have (krem ten świetnie nadaje się na gorące miesiące, dobrze matuje skórę i wygładza rozszerzone pory idealnie przy tym ją nawilżając, niestety nabycie go w drogeriach/aptekach stacjonarnych graniczy wręcz z cudem). Oczywiście mojego ulubieńca nie było. Pani magister natychmiast podchwyciła temat widząc moje rozczarowanie. Okazało się, że kosmetyki apteczne to jej konik ;) Na temat marki Lierac chyba mogłaby napisać cały poemat. Ostatecznie, po bardzo długiej rozmowie, będąc pod jej przeuroczym wpływem kupiłam krem Lierac HYDRAGENIST NUTRIBAUME NOURRISSANT SOS OXYGENANT REPULPANT - odżywczy balsam dotleniający kuracja S.O.S. 

Co nam obiecuje producent?

Producent twierdzi, że produkt intensywnie regeneruje skórę, wygładza zmarszczki i drobne linie, nie zatyka porów. Skoncentrowany 11% KOMPLEKS HYDRA 02  - biomimetyczny tlen (białka biomimetyczne używane w kosmetyce naśladują naturalnie obecne w naszej skórze aminopeptydy, które tracimy wraz z wiekiem), ekstrakt z liści ambiaty (rośliny występującej na Madagaskarze o wysokiej zawartości fenoli, czyli związków o działaniu regenerującym i ochronnym) i wysokocząsteczkowy kwas hialuronowy, kompleks witamin i minerałów oraz oleo ekstrakty z dzikiej róży i róży chilijskiej bogate w kwasy omega 3, 6, 9 - wszystkie te składniki dają skórze prawdziwą odżywczą kąpiel. Bogata, aktywna konsystencja z masłem shea sprawia, że balsam jest idealny dla pozbawionej komfortu, przesuszonej skóry, tworząc dodatkowo naturalny film ochronny. Nie zawiera parabenów. 


Opakowanie

Krem zamknięty jest w uroczym i eleganckim szklanym słoiczku o pojemności 50 ml. Jego ważność to 3 miesiące od otwarcia. Świadczy to o świetnym składzie.

Konsystencja

Krem ma lekko gęstawą konsystencję, jednak przy zetknięciu ze skórą pięknie się rozprowadza i natychmiast wchłania zostawiając na niej lekki, nietłusty film.

Działanie

Wygładzające, wypełniające, odżywcze, regenerujące, przeciwzmarszczkowe. 

Efekty

Po ok dwóch miesiącach codziennego stosowania (1x dziennie) widzę efekty, które obiecuje producent. Krem idealnie nadaje się pod chyba każdy podkład, nie roluje się ani nie waży - dlatego zajął honorowe miejsce w mojej porannej pielęgnacji. Na niego stosuję oczywiście filtr SPF 50, który jest nieco tłusty, jednak dzięki Lierac po całym dniu skóra jest nawilżona, ale nigdy nie tłusta. Dla upewnienia się, że to jemu zawdzięczam dobre "trzymanie się" podkładu, przez kilka dni używałam inny, również nietłusty krem (Dermedic) + oczywiście wspomniany wcześniej filtr - efekt nie był zadowalający, co więcej po powrocie do domu marzyłam o tym by jak najszybciej umyć buzię. To pokazuje, że najważniejsze jest wcześniejsze przygotowanie skóry i nie ma znaczenia, że kolejne warstwy są nieco "treściwsze". Dodam jeszcze, że w momencie, gdy nabyłam krem Lierac, jednocześnie w porannej rutynie zrezygnowałam z mojego dotychczasowego ulubieńca serum It'S SKIN Power 10 Formula LI Effector, o którym możecie przeczytać tutaj klik. Zawsze, gdy testuję nowy kosmetyk nie łączę go z "ulubieńcami" - wtedy mogę sprawdzić jego możliwości w 100%, bez ryzyka przekłamania :)

Koszt

Można go nabyć za cenę mieszczącą się w przedziale 110,00 - 130,00 zł (przez Internet oczywiście taniej).

Podsumowanie

Podsumowując - chciałam zakupić krem, który używam w sezonie wiosenno - letnim od kilku lat, krem który nawilża, matuje i niweluje rozszerzone pory (które niestety mam i które w okresie letnim są najbardziej widoczne, a z którymi w tym czasie tylko SVR sobie jakoś radzi). Poszłam po SVR, a wyszłam z Lierac. I mimo, że jeden z drugim niewiele ma wspólnego - to nie żałuję :) Jestem z niego bardzo zadowolona, i chociaż pory nadal są widoczne (nikt nie mówił, że znikną), buzia jest świetnie wygładzona, nawilżona i po prostu mięciutka ;) A do tego ten cudowny zapach wody różanej, gardenii i jaśminu.. Lierac w mojej porannej pielęgnacji zostanie na dłużej, a ja oczywiście zakupię też SVR, który tym razem znajdzie miejsce w mojej pielęgnacji wieczornej.



Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze


Jakiś czas temu na półce z koreańskimi kosmetykami w Hebe moją uwagę zwróciła seria nieznanej mi dotąd marki I Want. Wszystkie produkty nie zawierają parabenów, sztucznych substancji zapachowych i barwników.
Nie będę ukrywać, że cena każdego z produktów była bardzo zachęcająca :) Jako, że w przeciwieństwie do marek europejskich (po których zawsze mam jakąś niespodziankę) nie boję się eksperymentować z koreańskimi kosmetykami, postanowiłam kupić i wypróbować całą serię.


Na początek zacznijmy od żelu głęboko oczyszającego -  I Want Deep Peeling Gel

Co nam obiecuje producent?

Żel wyrównuje i wygładza skórę. Delikatna hypoalergiczna formuła głęboko oczyszcza zatkane pory oraz pozostałości makijażu sprawiając, że skóra staje się nawilżona, gładka i idealnie czysta. Ekstrakt z papai skutecznie usuwa zrogowaciały naskórek, poprawia elastyczność oraz przywraca właściwy cykl odnowy komórek skóry.

Opakowanie

Tubka o pojemności 100 ml.

Działanie i efekty


Żelu zawsze używam rano. Jest bardzo delikatny, a mimo to świetnie oczyszcza skórę po nocnych maskach i innych cięższych kosmetykach nie powodując przy tym zaczerwienia skóry (jak to zwykle dzieje się po innych peelingach).
Jest bardzo wydajny, wystarczy odrobinę, aby go rozprowadzić na całej twarzy. Prawie natychmiast wysycha i zaczyna się rolować usuwając ze skóry resztki nocnych kosmetyków i sebum. Zauważyłam, że jeżeli nie usunę nawilżaną chusteczką wierzchniej warstwy poprzednich kosmetyków, bardzo długo zajmuje mu wejście w "etap zrolowania". Oczywiście zależy czego użyjemy podczas wieczornej rutyny - jeżeli zwykłego kremu - to poradzi sobie bez problemu. Jeżeli natomiast używamy kremu i dodatkowo maski (np. z tej samej serii maski sleeping pack) - zajmie to dużo więcej czasu niż byśmy chciały, a przecież rano każda minuta jest na wagę złota :)


Koszt

Można go nabyć za cenę ok 24 zł.

Podsumowanie

Jak najbardziej polecam do każdego typu skóry. Jest naprawdę delikatny, ale i skuteczny szczególnie w walce z rozszerzonymi porami.

I Want, Deep Cleansing Foam (Pianka głęboko oczyszczająca)

Co nam obiecuje producent?


Pianka głęboko oczyszczająca do cery normalnej, mieszanej i tłustej. Skutecznie i delikatnie oczyszcza skórę z nadmiaru sebum i zanieczyszczeń.

Opakowanie

Tubka o pojemności 100 ml.

Działanie i efekty


Pianka na początku ma konsystencję żelu, dopiero później, po nałożeniu na twarz zaczyna przypominać piankę. Podczas jej zmywania pojawia się uczucie "tępej skóry", na początku mi to bardzo przeszkadzało, ale jak zobaczyłam efekty... :)
Na prawdę bardzo dobrze oczyszcza skórę i genialnie zmniejsza widoczność porów.


Koszt

Można ją nabyć za cenę ok 24 - 25 zł.

Podsumowanie

Polecam do każdego typu skóry, szczególnie do tłustej, trądzikowej, ale też normalnej z rozszerzonymi porami. Świetnie wygładza skórę i tym samym przygotowuje ją pod makijaż.
Nie polecam używania pianki jeżeli w planie mamy użycie po niej maski oczyszczającej pory (np. Pilaten) - skutecznie zamyka pory więc użycie po niej maski tego typu byłoby bez sensu (ściągnięte pory nie oczyszczą się skutecznie).


I Want Sleeping Pack for pore tightening & sebum control


Co nam obiecuje producent?


Do stosowania na noc, zazwyczaj jako dodatkowa "warstwa" na krem albo zamiast kremu. Pozwala skórze oddychać, zapewnia odpowiedni poziom nawilżenia, skóra odbudowuje się i regeneruje podczas snu. Bogata formuła zapobiega przesuszeniu skóry, chroni przed działaniem szkodliwych czynników zewnętrznych oraz dostarcza niezbędnych składników odżywczych do głębokich warstw, pozostawiając skórę nawilżoną i jędrną.

Opakowanie

Tubka o pojemności 100 ml.

Działanie i efekty


Maseczkę nakładam zawsze po uprzednim użyciu kremu nawilżającego. Ma przyjemną, żelową konsystencję i bardzo szybko się wchłania. Wspaniale wygładza skórę, zmniejsza widoczność porów. Rano skóra jest bardzo dobrze nawilżona, ale - co bardzo ważne - nie tłusta i świecąca.

Koszt

Można ją nabyć za cenę ok 25 zł.

Podsumowanie


Całą serię polecam do każdego typu skóry, ze szczególnym uwzględnieniem tłustej i trądzikowej.
Do każdej cery z rozszerzonymi porami. Wszystkie powyższe produkty mają konsystencję żelową i są praktycznie bezzapachowe. Dla niektórych może to być minusem, jednak obecność zapachu zawsze wskazuje na obecność ulepszaczy.
Jakość tych kosmetyków i korzyści płynące z ich użycia znacznie przewyższają cenę.



A Wy znacie już tą serię, czy może dział z koreańskimi kosmetykami omijacie szerokim łukiem? Jeżeli tak to dlaczego? Podzielcie się ze mną swoimi spostrzeżeniami.


Do zobaczenia na Insta ;)
xoxo




Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze



Od razu na wstępie zaznaczę, że WARTO.

Jeżeli wiele razy słyszałaś o koreańskiej pielęgnacji, ale nigdy nie zagłębiłaś się w ten temat, z różnych powodów nie miałaś okazji lub ochoty czytać książki Charlotte Cho, ale ciekawi Cię o co ten cały szum - ten post jest właśnie dla Ciebie. Być może zachęcę Cię do jej wypróbowania, a wtedy gwarantuję - nie wrócisz już do swoich starych nawyków.

Czym jest koreańska pielęgnacja?

Nazwa wskazuje jednoznacznie na jej pochodzenie, jednak zarówno Chińczykom, jak i Japończykom jest ona równie bliska. Sama osobiście znam lub słyszałam o Chinkach (tych mieszkających w Polsce) stosujących tą pielęgnację.
Chyba Koreańczycy mają większego bzika na jej punkcie - i celowo nie piszę Koreanki a Koreańczycy, bowiem w ich rodzinnym kraju od wieków panuje kult pięknej skóry zarówno wśród mężczyzn jak i kobiet.
Tam nawet pracodawcy w trosce o skórę swoich pracowników ;) zapewniają im odpowiednie nawilżacze powietrza, mgiełki itp. Taką mają kulturę - wszystko kręci się wokół zdrowego ciała i pięknej skóry.
To po prostu musi działać skoro oni wszyscy tak idealnie wyglądają. Jak żyję nie widziałam jeszcze Koreańczyka/Koreanki z trądzikiem czy głębokimi zmarszczkami.
Ale do rzeczy...

Pielęgnacja koreańska to pielęgnacja wieloetapowa z użyciem odpowiednio dobranych, o jak najlepszym składzie kosmetyków.
To tak w bardzo dużym skrócie.

Koreańska pielęgnacja step by step





1. Oczyszczanie.

Oczyszczanie to najważniejszy punkt tego rodzaju pielęgnacji. Po całym dniu w porach skóry znajdziemy sebum zmieszane z kurzem i brudem z ulicznego powietrza. Brzmi obrzydliwie, ale pomyśl jak jest obrzydliwie kiedy byle jak umyjesz swoją buzię.
Są różne rodzaje trądziku: trądzik hormonalny, trądzik powstały na skutek zbyt dużej ilości mleka i nabiału w diecie, ale jest też trądzik z brudu. Osobiście znałam kiedyś dziewczynę, która walczyła z trądzikiem na wszelkie sposoby, wydawała mnóstwo pieniędzy na kosmetyki apteczne, poddała się nawet peelingowi chemicznemu. Wszystko owszem, dawało efekty - ale na krótko. Wystarczyło, że po imprezie lub ciężkim dniu zasnęła w makijażu - i wysyp gotowy. To jest dopiero obrzydliwość. Najgorsze jest to, że zdawała sobie sprawę, co jest przyczyną jej trądziku - zabrakło samodyscypliny i konsekwencji w działaniu.
Na podsumowanie tego punktu zaznaczę, że nie można oczyścić skóry myjąc ją tylko jeden raz. Dwa razy to jest minimum. Oczyszczanie to także peelingi - enzymatyczne, z drobinkami itp. - w zależności od rodzaju i potrzeb skóry - kilka razy w tygodniu.

2. Tonizowanie.

Do momentu, aż poznałam sekrety koreańskiej pielęgnacji, w mojej łazience nie było miejsca na żadne toniki. Traktowałam je jako zbędny wydatek.
Myliłam się bardzo. Nałożyć krem na suchą, tylko umytą buzię to tak jak próbować namydlić suchą gąbkę bez uprzedniego użycia wody. Odpowiednio dobrany, odżywczy tonik nawilży skórę i przywróci jej właściwe ph.

3. Esencja/serum.

Niestety w Polsce bardzo trudno zdobyć esencję, nawet dystrybutorzy korańskich kosmetyków bardzo rzadko je mają w swojej ofercie. A szkoda, bo esencja to serce koreańskiego rytuału pielęgnacyjnego. Jest niczym innym jak wodnistą esencją uzyskaną z określonych składników, głęboko wnikającą w skórę i doskonale ją nawilżającą. W związku z niemożliwością zakupu esencji, w mojej pielęgnacji punktem 3 jest serum marki It's Skin, którego recenzję znajdziecie tutaj klik.

KOLEJNE PUNKTY ZALEŻĄ OD PORY DNIA 

W PRZYPADKU PORANNEJ PIELĘGNACJI:

4. Krem pod oczy.
5. Krem nawilżający.
6. Filtr przeciwsłoneczny.
7. Opcjonalnie podkład.


Latem wszystkie produkty od punktu 4 do 7 zamieniam na jeden, mój ulubiony kosmetyk w tym okresie - krem BB marki Missha.


W PRZYPADKU WIECZORNEJ PIELĘGNACJI:


4. Maseczka w płachcie (po jej zdjęciu nie zmywając buzi przechodzimy do kolejnego punktu).
5. Krem nawilżający, przeciwzmarszczkowy (o cięższej konsystencji).
6. Opcjonalnie olejek np. genialny Inca Inchi.


Zamiast tych wszystkich produktów, gdy np. padamy ze zmęczenia, albo nie mamy ochoty na leżenie w maseczce, na noc możemy użyć skoncentrowanej maski typu sleeping pack. Zastąpi nam i maseczkę i krem nawilżający. Jest to idealne rozwiązanie i dla tych przepracowanych i również dla pielęgnacyjnych leniuszków ;)


Jedno jest pewne - żeby stosować koreańską pielęgnację wcale nie musisz spędzać wielu godzin w łazience.
To od Ciebie zależy ile czasu zajmie Ci poranna rutyna, a ile wieczorna.
Rankiem, kiedy wstaję w ostatniej chwili, a mój budzik dzwonił już 6 razy (niestety tyle właśnie budzików muszę mieć nastawionych, żeby w końcu zwlec się z łóżka) nie mam czasu, żeby godzinę spędzić w łazience. Wszystko mam tak zaplanowane, że po nałożeniu serum i kremu idę się ubierać (nie czekam bezczynnie, aż kosmetyki się wchłoną jak to ma miejsce wieczorem, kiedy mam czas). Później mogę od razu zrobić makijaż.

Taką pielęgnację stosuję dokładnie od stycznia 2017, kiedy to w moje ręce wpadła książka Charlotte Cho - spróbowałam, zafascynowała mnie bezgranicznie i nie wyobrażam sobie jej zmieniać.
Wtedy mój osobisty mąż już po kilku dniach powiedział - uwaga cytuję: "coś ci się ostatnio buzia wygładziła". 
Dodam, że w tamtym okresie nie był jedyną osobą, od której usłyszałam podobne słowa. 

Koreańska pielęgnacja nauczyła mnie bardzo ważnej rzeczy, z którą do tej pory miałam problem - SYSTEMATYCZNOŚCI. Akurat w kwestii pielęgnacji jest równie ważna jak oczyszczanie. Bez niej nic nie ma sensu.

A Wy co myślicie o pielęgnacji tym sposobem? Uważacie, że to strata czasu?
Dajcie znać w komentarzu. 


Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze



Skuszona świetną marką, dobrym składem i bardzo dobrymi recenzjami serum It'S SKIN Power 10 Formula LI Effector na wizażu, postanowiłam wypróbować je na własnej skórze.

Jestem (nieszczęśliwą) posiadaczką cery wrażliwej, skłonnej do niedoskonałości, z licznymi przebarwieniami pigmentacyjnymi. Zamówiłam kosmetyk na Allegro u polskiego dystrybutora kosmetyków koreańskich, u którego regularnie od ponad roku robię moje "koreańskie" zakupy.
Jak dotąd wszystkie kosmetyki zakupione w tym sklepie były co najmniej dobre, a niektóre nawet genialne.

Wyciągnęłam z tego taki wniosek, że firma bubli nie sprowadza. 

Co nam obiecuje producent?


Serum polecane jest w codziennej pielęgnacji cery wrażliwej, trądzikowej lub naczynkowej.
Według producenta kosmetyk ma działanie łagodząco - rozjaśniające, zapewnia optymalne nawilżenie naskórka, a dzięki zawartości wyciągu z korzenia lukrecji, świetnie nadaje się do pielęgnacji cery wrażliwej. Wykazuje działanie antyseptyczne, przeciwzapalne oraz kojące. Łagodzi przebieg stanów zapalnych oraz przyspiesza proces ich gojenia. Redukuje zaczerwienienia oraz zmniejsza widoczność rozszerzonych naczynek. Wyciąg z korzenia lukrecji działa również depigmentacyjnie, dzięki czemu rozjaśnia istniejące przebarwienia oraz przeciwdziała pojawianiu się nowych. Został stworzony również z myślą o alergikach (formuła hipoalergiczna, bez silikonów).

Opakowanie

Serum zamknięte jest w szklanej buteleczce (o pojemności 30 ml) z pipetką.
Buteleczka jest bardzo przyjemna dla oka i wygodna w użyciu. 

Konsystencja

Skoncentrowany, lekko żelowy, przezroczysty krem wodny. Skóra wchłania go natychmiast niczym wyschnięta gąbka wodę, dzięki temu w kilka chwil jest gotowa na przyjęcie kolejnych, cięższych kosmetyków.

Działanie


Nawilżające, łagodzące, przeciwzapalne, wybielające / rozjaśniające, redukujące zaczerwienienia.

Efekty

Już po pierwszym użyciu kosmetyku (akurat to był mój wieczorny rytuał), rano zauważyłam, że buzia wygląda na wypoczętą, wygładzoną i lekko rozjaśnioną. Byłam naprawdę zadowolona.
Od tego czasu serum jest nieodłącznym i bardzo ważnym elementem mojej codziennej porannej i wieczornej rutyny. Wszystko, co deklaruje producent u mnie się potwierdziło.
Po dłuższym stosowaniu stwierdzam, że przebarwienia nie znikają, ale jeśli mam być szczera wcale tego nie oczekiwałam. Serum kupiłam właśnie z myślą o uzyskaniu efektu rozświetlenia / rozjaśnienia.
Bardzo możliwe, że poradzi sobie z bledszymi przebarwieniami. Moje są typowo hormonalne i pomóc może jedynie peeling chemiczny.
W tej chwili zaczęłam już drugą buteleczkę. Nie stosowałam jego jedynie przez kilka dni, kiedy oczekiwałam na przesyłkę z moim zamówieniem. Wtedy zauważyłam natychmiastowe pogorszenie cery. Była szara, zmęczona, nijaka, pojawiły się też niedoskonałości (które przy regularnym stosowaniu już przestały mnie nękać). 

Koszt

Można je nabyć za cenę mieszczącą się w przedziale 62 - 69 zł (nie wliczając kosztów przesyłki).

Podsumowanie

TAK! TAK! i jeszcze raz TAAK!
Serum It'S SKIN Power 10 Formula LI Effector oceniam jako GENIALNE i chyba już nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez jego udziału.
Uzależniona jestem i ja i moja skóra.
Zdecydowanie warte jest swojej ceny.
Z czystym sumieniem POLECAM ;)



Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze



Dzisiaj podzielę się z Wami przepisem na chlebek gryczany, którego podstawowym (lub jedynym) składnikiem jest biała kasza gryczana niepalona. Co najważniejsze chleb jest w 100 % bezglutenowy. Przepis otrzymałam od mojej pani dietetyk, do której się udałam po usłyszeniu diagnozy: Hashimoto i alergia krzyżowa na żyto i pszenicę.
Zrobienie tego chlebka jest banalnie proste, wymaga jednak cierpliwości. Mimo, że prawie nic nie trzeba przy nim robić, jego wykonanie zajmuje przynajmniej ... 1,5 dnia.




Podstawowe składniki:

  • 500 g kaszy gryczanej białej niepalonej
  • 3 szklanki wody
  • 3 łyżeczki soli (ja używam himalajskiej, która jest mniej słona od tej zwykłej - zwykłej trzeba więc dodać mniej)
  • opcjonalnie pieprz (ja używam świeżo zmielonego pieprzu kolorowego).

Składniki dodatkowe:

Według uznania ;)
Naprawdę można dodać wszystko, na co tylko ma się w danej chwili ochotę. Dzięki temu chleb nam się nie znudzi i za każdym razem może smakować inaczej.

Ja najczęściej dodaję pestki dyni, słonecznika (tak jak w dzisiejszym przepisie), ostatnio również bardzo polubiłam się z siemieniem lnianym i czarnuszką. Można też dodać ulubione zioła np. czosnek niedźwiedzi lub suszone owoce.


Wykonanie

Do naczynia wsypujemy kaszę, płuczemy ją kilka razy. Zalewamy 3 szklankami wody. Odstawiamy. Ja zostawiam ją na kuchni, gdzie jest ciepło, wtedy szybciej wytwarza się zakwas i kasza zaczyna kiełkować. Kaszę zazwyczaj przygotowuję wieczorem, rano mieszam i znowu zostawiam.





Wieczorem przyprawiam, blenduję (ale nie na jednolitą gładką masę - najbardziej lubię jak nie wszystkie ziarenka kaszy są zmielone - wtedy chlebek z wyglądu przypomina razowy).




Dodaję niewielką ilość ulubionych ziaren i mieszam - już bez blendowania.
Następnie przygotowuję keksówkę - wykładam papierem do pieczenia, na dnie smaruję oliwą z oliwek, żeby chlebek lepiej odszedł i przelewam do niej gotową masę. Na wierzch posypuję ziarnami.




Wstawiam do (wyłączonego) piekarnika i zostawiam w spokoju na całą noc, podczas której ciasto dalej wyrasta. Rano, nie otwierając piekarnika (żeby wyrośnięty chlebek nie opadł) nastawiam piekarnik na 190 stopni i piekę go przez 55 min. góra dół (bez termoobiegu). Po upływie tego czasu wyciągam chleb, wyjmuję go z blaszki razem z papierem i ponownie wstawiam. Dalej piekę go ok 20 - 25 min. w temperaturze 160 stopni góra dół z termoobiegiem.
Dzięki temu skórka jest chrupiąca i wygląda smakowicie.

Et voilà! 


Chlebek jest już gotowy.
W całym domu wspaniale pachnie niczym w najlepszej piekarni. Uwielbiam ten zapach o poranku.





Po wystygnięciu chlebek zawijamy w bawełnianą ściereczkę i chowamy w szafce/chlebaku.
W ten sposób możemy przechowywać go do 4 dni.

W naszym domu chlebek piekę najczęściej tylko dla siebie. Mój mąż go nie lubi (zresztą tak jak wiele innych "zdrowych" dań ;). Czasem, o dziwo, zje go mój wybredny syn - niejadek.
Dlatego po ostygnięciu zazwyczaj kroję chlebek i porcjuję, przekładam do foliowych śniadaniówek i zamrażam. Wtedy wystarcza mi na cały tydzień na śniadania do pracy.





Smacznego!











Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze



  
Jak wzmocnić swoją odporność?

Biorąc pod uwagę rosnącą liczbę zachorowań na różnego rodzaju choróbska (cóż, taką mamy porę roku), postanowiłam napisać o moich sposobach na naturalne wspomaganie organizmu w sezonie jesienno-zimowo-wiosennym.

  • Czosnek
Poza dietą bogatą w warzywa i owoce możemy poprawić naszą odporność poprzez jedzenie czosnku.
Oczywiście nie jest to odkrycie stulecia ;-). Już dziesiątki lat temu udowodniono naukowo, że działa on zabójczo na bakterie, grzyby i wirusy. W czosnku znajdziemy także potas, żelazo, magnez, fosfor oraz witaminy C i B. Silne działanie czosnku przypisuje się obecnym w nim antybiotycznym substancjom. Przyprawa ta wykazuje również właściwości przeciwmiażdżycowe i przeciwnowotworowe. Zmniejsza również ryzyko infekcji układu pokarmowego i oddechowego. Nie bez powodu w starożytności stosowano go jako naturalny antybiotyk.

Ja osobiście uwielbiam czosnek, stosuję go do wielu dań, ale nie każdemu on smakuje. To nie znaczy, że trzeba rezygnować z jego dobroczynnych właściwości. W aptekach dostępny jest np. Czosnek forte bezzapachowy. To ekstrakt z czosnku wzbogacony witaminą D3 (niestety wbrew temu co pisze producent, zawarta tu dawka nie jest wystarczająca, aby pokryć nasze dzienne zapotrzebowanie).

  • Witamina D3
Obecnie większość lekarzy zaleca, aby w okresie od września do kwietnia przyjmować witaminę D3 w dawce
4000 j. m. Warto wiedzieć, jak bardzo witamina D3 jest istotna dla naszego organizmu. W niektórych badanach naukowych określa się ją również "dodatkowym hormonem", ponieważ tak wiele funkcji pełni w naszym organizmie, a jej niedobór prowadzi do wielu schorzeń, w tym depresji. Niestety na własnej skórze przekonałam się, co oznacza duży niedobór D3, a najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że przyjmowałam ją praktycznie cały rok bez przerwy. Jak się później okazało, to był suplement i to w maleńkiej dawce - po prostu mój organizm zrobił mi psikusa i go najnormalniej w świecie nie przyswajał.
Dlatego najlepiej zaopatrzyć się w jedyny na polskim rynku lek (nie suplement!) - VIGANTOLETTEN 1000 (w większych dawkach występuje już jedynie jako suplement!).

  • Czystek
Napar z czystka jest polecany w alergii, zaburzeniach oddechowych, schorzeniach układu krążenia i miażdżycy, w chorobie Hashimoto, stanach zapalnych, problemach dermatologicznych, grzybicy, boreliozie. Niektóre źródła donoszą, że ma właściwości przeciwnowotworowe. Czystek ogólnie wzmaga odporność. Od pewnego czasu codziennie piję napar z czystka i już nie wyobrażam sobie wieczoru bez jego udziału - stał się moim codziennym rytuałem.

  • Acerola
Sok z owoców aceroli to nic innego jak naturalne źródło witaminy C. Do nabycia w sklepach ze zdrową żywnością.





  • Imbir
Ma działanie odkażające, przeciwzapalne, moczopędne, "podkręcające przemianę materii", rozgrzewające, napotne (przy infekcji z gorączką i kaszlem polecam zakup lub własnoręczne przygotowanie syropu z cebuli w dodatkiem imbiru).
Jednak imbir jest bardzo ostrą przyprawą, mającą działanie drażniące żołądek. Kobiety w ciąży i karmiące piersią, osoby cierpiące na wrzody żołądka/dwunastnicy, refluks żołądkowy - powinny uważać przy jego spożywaniu, a najlepiej całkowicie z niego zrezygnować. 


A teraz taka mała ciekawostka :)
W każdym azjatyckim domu codziennie:

  1. kobieta natychmiast po powrocie z pracy zmywa makijaż i nakłada maseczkę
  2. stoi garnek ze świeżo ugotowanym makaronem ;)
  3. do każdego dania dodaje się imbir.
Efekt jest taki, że tamtejsze kobiety mają piękne nieskazitelne cery, których zazdrości im chyba cały świat, a odpornością i wigorem mogą poszczycić się o wiele bardziej niż Polki przyjmujące tabletki na dosłownie wszystko. Mam na myśli te bezsensowne suplementy, które wciskają nam media.
Wydaje mi się, że tylko w naszym kraju powstaje taka ilość reklam leków/suplementów.

"Chcesz mieć piękne włosy, cerę i paznokcie? - weź tabletkę. Chcesz schudnąć? - weź tabletkę. Masz nadmiar wody w organizmie? - weź tabletkę. Męczy Cię zły humor, nie masz siły wstać z łóżka? - weź tabletkę. Jesteś wściekła na koleżankę z pracy i masz ochotę jej przyłożyć? - weź tabletkę. Masz zatwardzenie (sorry) - weź tabletkę".

.......

Chyba można wymieniać tak bez końca. To jakiś obłęd. Wiadomo, że jak ktoś choruje i musi przyjmować doraźnie czy na stałe określone leki - to nie ma wyboru.
Witaminy D3 też praktycznie nie mamy jak dostarczać - w Polsce mało mamy słońca, a latem najczęściej jesteśmy wysmarowani filtrami - wtedy D3 nie jest wytwarzana.
Ilość dostarczana z pożywieniem jest niewystarczająca. Najwięcej jest jej w jajkach, rybach, mleku i produktach mlecznych, więc jak ktoś jest na diecie bezmlecznej to tym bardziej nie ma wyjścia i zostają mu tylko tabletki.

Podsumowując, Drogie Panie nigdy nie zapominajcie o tym, co daje nam Natura i jeżeli, w przeciwieństwie do mnie, jesteście takimi szczęściarami i nie musicie stale przyjmować pół garści leków - na prawdę nie wierzcie reklamom i nie kupujcie suplementów, które wymieniłam powyżej.

Jest wiele naturalnych sposobów na podniesienie swojej odporności, czy poprawienie urody. Przecież  jak borykamy się z trądzikiem dorosłych to w niczym nam nie pomoże Visaxinum D. To jest tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne.
Trzeba znaleźć przyczynę problemu i działać, ale o tym już opowiem w innym poście ;)

 




Share
Tweet
Pin
Share
No komentarze
Newer Posts
Older Posts

promujblogapl

promujbloga.pl

About me

Witaj na moim blogu, mam nadzieję, że dłużej tu zostaniesz :)
Mam na imię Sylwia. Jestem mamą 10 - letniego Jakuba. Z wykształcenia jestem technikiem usług kosmetycznych oraz certyfikowaną linergistką. Chyba zawsze we mnie było zamiłowanie do pielęgnacji, kosmetyków, makijażu i wszystkiego co tylko może sprawić, że kobieta poczuje się bosko we własnej skórze. Interesuję się również aranżacją wnętrz i zdrową kuchnią, której tajniki wciąż zgłębiam. Uwielbiam czytać kryminały. Moje motto życiowe: Żyj chwilą/carpe diem/.

Follow Me

  • google+
  • instagram
  • bloglovin

Mój Instagram

Translate

Labels

  • Beauty
  • Lifestyle

recent posts

Blog Archive

  • czerwca 2018 (3)
  • marca 2018 (1)
  • lutego 2018 (7)
  • stycznia 2018 (1)
  • czerwca 2015 (1)
  • maja 2015 (1)
  • kwietnia 2015 (1)
  • marca 2015 (3)
Instagram Google+ Bloglovin

Created with by BeautyTemplates | Distributed by Blogger